Prolog
Przechadzałam
się po lesie. Idąc wąską ścieżką, podziwiałam piękno natury.
Otaczały mnie wysokie drzewa z małymi pączkami, kwitnące
wszystkimi kolorami kwiaty i wyrastająca rzadkimi kępami, soczysto
zielona trawa. Obserwowałam każdą roślinę, nie przejmując się
czasem. Uwielbiałam przechadzki po łonie matki natury, bo zawsze
napełniały mnie nieopisanym spokojem i pozwalały się zrelaksować.
Szczególnie lubiłam piesze wycieczki wiosną w dni takie jak ten
dzisiaj,mimo że nie było jeszcze tak ciepło. Zakładałam wtedy
moją ulubioną skórzaną kurtkę z masą przypinek i glany z
czerwonymi sznurówkami. Kiedy chodziłam po ulicy zawsze miałam na
uszach słuchawki, nawet gdy miałam iść tylko po bułki do
piekarni za rogiem. Jednak w lesie wolałam przysłuchiwać się
śpiewu ptaków i odgłosom przyrody.
Pogrążona
w myślach nie zwróciłam uwagi, kiedy dotarłam do końca
drogi-starego przewalonego pnia drzewa. Jak zwykle podeszłam do
niego i usiadłam. Zdjęłam z pleców kostkę i wyjęłam gruby
szkicownik oraz piórnik z ołówkami. Wertowałam kartki w
poszukiwaniu wolnego skrawka papieru. Większość wypełniona była
rysunkami roślin i zwierząt. Nareszcie znalazłam pustą stronę i
wybrałam z otwartego przybornika ołówek H2 na początkowy szkic.
Dziś wyjątkowo postanowiłam ująć w swym rysunku cały krajobraz.
Zwykle skupiałam się tylko na jednej roślinie lub zwierzęciu,
które akurat przechodziło.
Słońce
nieśmiało przebijało się przez kłębiaste chmury sunące po
błękitnym niebie. Po dłuższej chwili nakreśliłam cały kontur i
zmieniłam ołówek na HB. Moja ręka finezyjnymi ruchami nanosiła
kolejne elementy na kartkę, nie pomijając żadnego, nawet
najdrobniejszego szczegółu. Po około 15 minutach praca była
gotowa. Wszystko, cały krajobraz na kartce. Przyglądałam się
przez chwilę rysunkowi, porównując go z otoczeniem. Normalnie
byłam z siebie dumna, co rzadko mi się zdarza. Miałam wręcz
ochotę pobiec w tej samej chwili do mojej pani od plastyki.
Głupia
ja- pomyślałam- Przecież szkoła jest już zamknięta, a zresztą,
pani Hanna Taraszewska i tak pewnie nie uwierzyłaby, że ja to
narysowałam.
Całość
przepięknie ujęta, niczego nie pominęłam. Ani jednego drzewa,
kwiatu lub pęku...nie chwila! Czegoś tutaj brakuje. Kot. Czarny kot
siedzący na jednym z konarów, wpatrujący się we mnie swymi
złocistymi ślepiami. Czy on tu był przed chwilą? Nie wydaję mi
się. Na pewno bym zaważyła. Olać go. Nie będę gumkować mojego
arcydzieła, bo jakiś dachowiec postanowił wleźć na drzewo akurat
kiedy skończyłam.
Słońce
leniwie chyliło się ku zachodowi, a niebo przybierało odcienie
szkarłatu i purpury. Zamknęłam szkicownik i włożyłam razem z
piórnikiem do kostki, zapinając ją dokładnie. Wstałam,
otrzepując czarne spodnie z kawałków kory. Założyłam plecak z
naszywkami, poprawiłam czarne włosy z bordowymi pasemkami wyjmując
je spod szerokich ramiączek. Odchodząc wciąż czułam wzrok kota,
jednak gdy odwróciłam się i spojrzałam w kierunku drzewa
zwierzęcia nie było.