wtorek, 30 czerwca 2015

Prolog

Prolog



Przechadzałam się po lesie. Idąc wąską ścieżką, podziwiałam piękno natury. Otaczały mnie wysokie drzewa z małymi pączkami, kwitnące wszystkimi kolorami kwiaty i wyrastająca rzadkimi kępami, soczysto zielona trawa. Obserwowałam każdą roślinę, nie przejmując się czasem. Uwielbiałam przechadzki po łonie matki natury, bo zawsze napełniały mnie nieopisanym spokojem i pozwalały się zrelaksować. Szczególnie lubiłam piesze wycieczki wiosną w dni takie jak ten dzisiaj,mimo że nie było jeszcze tak ciepło. Zakładałam wtedy moją ulubioną skórzaną kurtkę z masą przypinek i glany z czerwonymi sznurówkami. Kiedy chodziłam po ulicy zawsze miałam na uszach słuchawki, nawet gdy miałam iść tylko po bułki do piekarni za rogiem. Jednak w lesie wolałam przysłuchiwać się śpiewu ptaków i odgłosom przyrody.
Pogrążona w myślach nie zwróciłam uwagi, kiedy dotarłam do końca drogi-starego przewalonego pnia drzewa. Jak zwykle podeszłam do niego i usiadłam. Zdjęłam z pleców kostkę i wyjęłam gruby szkicownik oraz piórnik z ołówkami. Wertowałam kartki w poszukiwaniu wolnego skrawka papieru. Większość wypełniona była rysunkami roślin i zwierząt. Nareszcie znalazłam pustą stronę i wybrałam z otwartego przybornika ołówek H2 na początkowy szkic. Dziś wyjątkowo postanowiłam ująć w swym rysunku cały krajobraz. Zwykle skupiałam się tylko na jednej roślinie lub zwierzęciu, które akurat przechodziło.
Słońce nieśmiało przebijało się przez kłębiaste chmury sunące po błękitnym niebie. Po dłuższej chwili nakreśliłam cały kontur i zmieniłam ołówek na HB. Moja ręka finezyjnymi ruchami nanosiła kolejne elementy na kartkę, nie pomijając żadnego, nawet najdrobniejszego szczegółu. Po około 15 minutach praca była gotowa. Wszystko, cały krajobraz na kartce. Przyglądałam się przez chwilę rysunkowi, porównując go z otoczeniem. Normalnie byłam z siebie dumna, co rzadko mi się zdarza. Miałam wręcz ochotę pobiec w tej samej chwili do mojej pani od plastyki.
Głupia ja- pomyślałam- Przecież szkoła jest już zamknięta, a zresztą, pani Hanna Taraszewska i tak pewnie nie uwierzyłaby, że ja to narysowałam.
Całość przepięknie ujęta, niczego nie pominęłam. Ani jednego drzewa, kwiatu lub pęku...nie chwila! Czegoś tutaj brakuje. Kot. Czarny kot siedzący na jednym z konarów, wpatrujący się we mnie swymi złocistymi ślepiami. Czy on tu był przed chwilą? Nie wydaję mi się. Na pewno bym zaważyła. Olać go. Nie będę gumkować mojego arcydzieła, bo jakiś dachowiec postanowił wleźć na drzewo akurat kiedy skończyłam.
Słońce leniwie chyliło się ku zachodowi, a niebo przybierało odcienie szkarłatu i purpury. Zamknęłam szkicownik i włożyłam razem z piórnikiem do kostki, zapinając ją dokładnie. Wstałam, otrzepując czarne spodnie z kawałków kory. Założyłam plecak z naszywkami, poprawiłam czarne włosy z bordowymi pasemkami wyjmując je spod szerokich ramiączek. Odchodząc wciąż czułam wzrok kota, jednak gdy odwróciłam się i spojrzałam w kierunku drzewa zwierzęcia nie było.